GRA W KOŚCI | Elżbieta Cherezińska

Wraz z „Grą w kości” skończyła się zabawa. Uhm. Mam zwyczaj rzucania się z motyką na słońce. Chwilę później zauważam „cholera, to daleko”.
Książka o Bolesławie Chrobrym chodziła mi po głowie od lat. Lubię drania.
Ostatnią rzeczą byłoby pisanie „kolejnego Gołubiewa”, nie chodziło mi o nową odsłonę biografii Bolesława.
Zatem wciąż się zastanawiałam, jak ustawić optykę, który fragment z tego bogatego życia wybrać. Historia mnie pasjonuje, uwielbiam książki, filmy historyczne. Z czasem coraz mniej ich oglądam, bo coraz rzadziej znajduję w nich to, czego szukam: pasję. Zamiast niej widzę to, co mnie irytuje: pompatyczny manifest. I mnóstwo błędów. Żonglerkę rekwizytem. Akcja dzieje się w X wieku a kostium z XIII? Nie szkodzi. Przełączam kanał. Odkładam książkę.
Szukam, ciągle szukam języka, którym piszę o historii. Sposobów na uniknięcie monumentu, zejście z koturnu. Wciągnięcie Czytelnika w akcję, która dzieje się w jakimś dla niego zupełnie obcym czasie. Wszystko po to, by ożywić, odczarować historię. Zafascynować nią Czytelników, sprawić, iż zaczną traktować dawnych bohaterów, jak żywych ludzi. Przecież truizmów, że historia nauczycielką nie będę powtarzać. Zaglądam do podręcznika historii mojej córki. Ziewam.
Irytuje mnie, że my, jako naród, wciąż odczuwamy własną historię jak zbyt ciężki bagaż, jak brzemię. Wolałabym, żeby stała się praktycznym niezbędnikiem w drodze.
 
„Gra w kości” stała się dla mnie poligonem.
To pierwsza z moich książek, którą pisałam „pod specjalnym nadzorem”. To długa historia, dzisiaj trudno mi uwierzyć, że znów miałam tyle szczęścia i że to się wszystko udało. Jest taka książka „Trudne początki Polski”, napisał ją profesor archeologii, Przemysław Urbańczyk. Przedstawił w niej swoją wizję Zjazdu gnieźnieńskiego. Czytałam tę książkę jak powieść, bo następstwo zdarzeń proponowane przez Urbańczyka odpowiadało mojej wizji Bolesława Chrobrego. Wkrótce okazało się, że nie tylko to nas łączy.
Wyjechałam na wakacje z kartonem kolejnych książek do przeczytania. Chciałam się lepiej przygotować do pisania „Gry”. Pamiętam, jak jedziemy przez Norwegię, gapię się w okno, myślę o swojej książce i nagle przychodzi mi do głowy tytuł „Gra w święte kości”. Albo krócej: „Gra w kości”. Jestem zachwycona. Kilka dni później siedzimy we czwórkę na tarasie domu Edyty i Thomasa. Każdy ma inny widok, ja wybieram ten ze skałą ociekającą wodą. Jak dobry kujon pochłaniam akurat kolejną książkę profesora „Władza i polityka we wczesnym średniowieczu”. Co chwilę przerywam lekturę i czytam na głos co lepsze fragmenty. Edyta tłumaczy Thomasowi na norweski. I nagle (pamiętam nawet która to strona – 224, od samej góry) jakby mi ktoś przywalił w głowę. Otóż Przemysław Urbańczyk pisze tak: „…rozpoczynając zakrojoną na szeroką skalę kontynentalną grę kośćmi męczennika, który jeszcze długo po swojej śmierci był wykorzystywany do rozgrywek politycznych”! Zawyłam. Edyta przetłumaczyła moją rozpacz Thomasowi, Darek uśmiechnął się, ja byłam załamana. Mój tytuł!... Jasne „Gra w kości” to nie jest tytuł ani odkrywczy ani oryginalny, staje się takim jedynie w kontekście tej opowieści, ale…
Po powrocie do Polski ciągiem niczym nieusprawiedliwionych, szczęśliwych wydarzeń spotkałam się z profesorem. Zadałam mu kilka dręczących mnie pytań. Pogadaliśmy. I zaczęliśmy współpracę. Wszystko razem trwało nie więcej niż 10 dni.
Praca nad samą książką była wyczerpująca. Bardzo krótka, intensywna. Profesor codziennie sprawdzał kolejny odcinek, wprowadzał zmiany, poprawki, dyskutowaliśmy nad tym co mogło być a co zdecydowanie nie. Trochę się kłóciliśmy. Nasza korespondencja z tego czasu chyba przekroczyłaby objętość samej książki. Ale wszystko to miało jeden cel: jeśli pisać książkę o Chrobrym, o Zjeździe gnieźnieńskim, to zrobić to (od strony historycznej) dobrze. Uniknąć każdego błędu, z którego można się wyślizgnąć. Wspomnienie tej współpracy jest fenomenalne.
I, jeszcze jedna historia. Po ukazaniu się „Północnej drogi” pisze do mnie wielu Czytelników, zwłaszcza Czytelniczek. Wśród tych maili jeden z Bazylei. Od Agnieszki. O tyle cenny, że była pierwszą osobą, która zauważyła, że „Saga Sigrun” a potem „Halderd” jest od środka inkrustowana mniej lub bardziej odległymi cytatami z oryginalnych sag i pieśni skandynawskich. To takie moje skrzywienie, lubię wkładać w książki drobiazgi, szczegóły, o których wiem, że wyłapać je będzie mógł jeden czytelnik na tysiąc. Ktoś powie, że nie warto. Przykłada Agnieszki pokazuje, że warto. Zaczęłyśmy pisać do siebie; wspomniałam jej, że przygotowuję książkę o Chrobrym. Agnieszka na co dzień zajmuje się muzyką dawną. Pracuje w Ensemble Peregrina, w Szwajcarii. Robią piękną muzykę. I znalazła mi oryginalne pieśni ottońskie, fragmenty zamieściłam w tekście. Już samo to znalezisko było świetne, bo tych pieśni nie znalazłam w żadnej polskiej literaturze. Potem poprosiłam ją o pomoc w konstrukcji jednej z kluczowych scen. Rzecz dzieje się podczas mszy wielkanocnej w Kwedlinburgu. Chciałam rozpisać relację między bohaterami (Ottonem i Bolesławem) na sekwencje mszy. Czyli, potrzebowałam ustalić schemat liturgii (rok 1000, wszystko odbywa się inaczej niż dzisiaj). Agnieszka znalazła w archiwach Antyfonarz Kwedlinburski skopiowany dla celów tamtejszej liturgii między 1025 a 1070 rokiem. Zatem, z największym prawdopodobieństwem odzwierciedlał od zwyczaje liturgiczne z interesującego mnie momentu. Dotarcie do niego wymagało czasu i zachodu, mnie się spieszyło, ale mając możliwość skorzystania z takiego źródła nie mogłyśmy sobie tego odpuścić. Trafiła swoja na swoją. Choć – jak Agni sama napisała: „nikt pewnie nie zauważyłby gdybym podała ci nawet śpiewy z Ułan Bator po śmierci Lenina…”. Ach tam. Wykorzystałyśmy z tego Antyfonarza jedno zdanie. I co, nie było warto? Było.
„Gra w kości” była pisana tak szybko, powstawała w tak niecodziennych warunkach, że od początku wiedziałam, iż ten tekst musi śledzić ktoś z boku, ktoś kto nie „śpi z historią”, całkiem współczesny Czytelnik. Miejsce to w całości zagospodarowało dwoje ludzi: Darek (mój mąż) i moja Szczura. A co, Halderd ma swoją Szczurę, ja mam swoją! Darek czytał po kilka rozdziałów i robił mi awantury (Bolz, sam nie wiesz, ile mu zawdzięczasz!) a Szczura czytała codziennie i nie daj Bóg, bym jej co rano nie przysłała kolejnego rozdziału. Nazywała je „odcinkami”  i czyniła tak wielkie fochy, gdy nie dostała swojej porcji, że musiałam pisać coraz szybciej. Wielce zobowiązani Szczurze powinni być jej ulubieni bohaterowie (cała drużyna świętych młodzianków, wszyscy kumple księcia Bolesława i Leon, biskup Vercelli) – stała za nimi murem i gdy tylko nie pojawiali się zbyt długo w kolejnych odcinkach domagała się ich obecności bezceremonialnym krzykiem.
Obecność Przemysława Urbańczyka w mojej pracy, obecność Agnieszki Budzińskiej - Bennett, wszystko to sprawia, że „Gra w kości” ma swoje wielokrotne dno. Historyków może rozbawić wplatanie w dialogi cytatów z Thietmara czy Galla a każdemu innemu Czytelnikowi nie powinno przeszkadzać w śledzeniu fabuły.
Choć początkowo miała być to wyłącznie książka o Chrobrym, już w czasie przygotowań do niej zdałam sobie sprawę iż nie zbuduję postaci Bolesława bez Ottona III. Studiowanie dziejów życia młodego cesarza pochłonęło mnie bez reszty. Przy okazji znalazłam wiele nieznanych mi wcześniej faktów z historii Cesarstwa. Nie zmieściły się do książki, bo zbyt daleko odbiegały od głównego wątku, żałuję, ale kto wie, może dobiorę się do nich w przyszłości. Jednocześnie boleśnie odczuwałam dysproporcję w źródłowym udokumentowaniu życia Ottona i Bolesława. Ma to swój wyraz choćby i w tym, że w książe jest zaledwie jeden (!) fikcyjny bohater po stronie cesarza (reszta to postaci historyczne) a otoczenie Bolesława, poza Ungerem, Emnildą i rodziną jest całkowicie fikcyjne.
Kim jest dla mnie Bolesław? Tym mężczyzną z „Gry w kości” rozpiętym między Burizlav a Bolz, który nie pozwala się uczynić Bolizlausem.
Najbliższy mi, gdy jedzie z przyjaciółmi na wilki. I kiedy mówi, że wiara nie może mu przeszkadzać w myśleniu. W gruncie rzeczy cieszę się, że cię nie kanonizowano, Bolz. Chwała Bogu!