Ta książka z początku miała być sensacyjną opowieścią, która rozgrywa się na niezbyt uczęszczanym zakręcie historii. Mało znany król, trudny do ogarnięcia czas, zawieruchy rozbicia dzielnicowego. Wydawca powiedział: „Czy mogłaby się Pani temu przyjrzeć? To może być polska gra o tron, gra o Polskę w tym kształcie, jaką ją teraz znamy” i, aby mnie przekonać, dodał „To przecież Piastowie”. Wiadomo, że lecę na Piastów.
Obłożyłam się książkami i dostałam gorączki. Nie przytoczę słów, które wykrzykiwałam, wskakując w kolejne zaułki tej opowieści, były grube. To było jak film, jak sensacyjny scenariusz, któremu temperatury dodawał fakt, iż nie było mowy o „przypadkowym podobieństwie do osób rzeczywistych” ani tym bardziej „o fikcyjnych wydarzeniach”. Jezu, to nasza historia, nasi, z krwi i kości, książęta dzielnicowi.
Słuchajcie: porywają się w czasie mszy sprzed ołtarzy, mordują w łaźni, na tych temperamentnych nasyłają dziwki z nożem, jak im brakuje kasy na wojnę, rabują kościoły lub klasztory, nawet wtedy, gdy przypadkiem to klasztor własnej, świętej już, prababki. Gdy brakuje im sióstr i córek na wydaniu, by zmajstrować dynastyczne mariaże, porywają wyświęcone mniszki i wiodą je przed małżeńskie ołtarze. Najdzielniejszym z dzielnych jest homoseksualista, który zdaje się wcale z tym nie kryć, a najwaleczniejszym karzeł; obaj zresztą są przyrodnimi braćmi.
Z pozoru czasy upadku są jednocześnie okresem intensywnego wzrostu. Na chłonny, polski rynek napływa myśl techniczna z Niemiec, rolnictwo doskonalą cystersi i templariusze, zaczynają się rozwijać miasta i każdy, co bystrzejszy książę zamienia nieopłacalne świadczenia na żywą gotówkę, na kapitał ukryty w prawach miejskich, koncesjach i dzierżawach. Na polskich dworach, wbrew obiegowym opiniom, jakobyśmy byli jakąś zaginioną peryferią Europy, słychać arturiańskie pieśni i rodzi się etos rycerski.
Kobiety? Czy na pewno są tylko bezwolnym, dynastycznym towarem? Narzędziem w rękach ojców i braci? To czas wysypu polskich świętych. Tak, nie wszystkie były rodzime, część właśnie poprzez małżeństwa zaimportowaliśmy z Węgier czy Niemiec. Ale i Piastówny zaczynają podążać tą drogą. Czy celibat jest wyłącznie grą małżeńską? Ucieczką od seksualnych zobowiązań narzucanych dziewczętom zbyt wcześnie? Nie sądzę. Święta Jadwiga urodziła ośmioro dzieci i dopiero wtedy dojrzała do celibatu. Namówiła swego męża Henryka Brodatego. Zgodził się. Sam był głęboko religijny, fundował kościoły i klasztory, co zresztą nie uchroniło go od kościelnych klątw, gdy wszedł na drogę walki politycznej z duchowieństwem.
Klątwy to osobny temat. Pomijam te kościelne, rzucane i zdejmowane, trudno orzec – nonszalancko czy z rozmachem. Niewielu władców tego okresu było od nich wolnymi, a taki Barnim – nie Piast wprawdzie, ale książę Zachodniego Pomorza – miał nawet ten zaszczyt, iż na niego klątwę rzucił sam Albert Wielki, święty doktor kościoła. Wracam myślą do owych mitycznych klątw ciążących nad polskim królestwem. Powstały o nich całe książki bo rzeczywiście, nasza historia tak się poukładała, że można snuć na ten temat rozmaite fantazje, wywodząc je a to od Bolesława Śmiałego i nieszczęsnego zarąbanego biskupa, świętego czy też zdrajcy; lub też wcześniej od bezbożnego Bezpryma, ongiś mnicha, a tak czy inaczej pierworodnego syna naszego (mojego) ukochanego króla Bolesława Chrobrego.
I, tak właśnie, chaotycznie, przebiegał mój proces wchodzenia w tę książkę. Przeskakiwałam z tematu na temat: z Piastów śląskich na kujawskich, coraz głębiej wchodząc w dynastie, bo to były opowieści nie tylko szkatułkowe, ale szkatułkowe z zapadniami. A sam król? Uczciwie, przyznajcie, kto poza poznaniakami pamięta o Przemyśle II? No dobra, Kraszewski. Napisał taką straszną książkę „Pogrobek”, ale Kraszewski niemal żadnemu królowi nie przepuścił i ja pewnie też tak skończę, jak się nie uwolnię od kompulsywnego czytania historii.
Wracamy do Przemysła II. Dlaczego tak łatwo o nim zapominamy? Dlatego, że panował krótko, 228 dni, ledwie? Że nie zdążył zrobić nic ciekawego? Zatrzymajmy się na chwilę. Jak to „nie zdążył zrobić nic ciekawego”? A fakt, iż po dwustu ponad latach on to właśnie odzyskał utraconą przez Bolesława Śmiałego koronę polską to nic?! Więcej, dokonał tego niemal (podkreślam to słowo) pokojowo. A jak na swoje czasy, to zupełnie pokojowo.
Choć końcówka wyścigu po koronę była brawurowa. Pokonał w niej najpierw swego kuzyna i rywala, dawnego przyjaciela księcia wrocławskiego Henryka, a potem króla Czech Wacława II. Historia ma kilka wersji tego finału, w każdej z nich występuje przekupstwo, zdrada i rozmaite trucizny, ale o dziwo, nie obciąża się nimi Przemysła, lecz sprowadza rzecz do jeszcze bardziej sensacyjnych wątków. Tu zamilknę, zostawię Wam tę końcówkę, do przeczytania w powieści.
I druga rzecz: oto po dwustu latach mamy wreszcie króla. Pierwszy krok do odrodzonego królestwa. Ale po wspomnianych ledwie dwustu dniach rządów król nasz staje się ofiarą zamachu. Porwania, które przerodziło się w zabójstwo? Zamierzonego mordu? Kroniki dyktują kilka podpowiedzi, osądzają winnych. Jeżeli będziecie chcieli, odszukacie hipotezy dawnych śledczych. Ja wybrałam jedną z nich i owinęłam w materię swojej opowieści. Podobnie, jak zagadkową śmierć pierwszej żony króla, wówczas tylko księcia. Można by rzec, że Przemysł kronikarsko najbardziej znany był właśnie z powodu śmierci żony. Tutaj także przyznaję, że docisnęłam gaz. Klawisze.
Są różne przepisy, dość mądre i zręczne, na pisanie powieści historycznej. Mój brzmi raczej prosto: wycisnąć z faktografii, ile się da i tchnąć w bohaterów życie.
Tak, wiem, że jeżeli mamy punkt A (książę Przemysł II dziedziczy po stryju całe księstwo) i punkt B (Przemysł koronuje się na króla Polski) to można akcję pomiędzy nimi przeprowadzić na kilkadziesiąt różnych sposobów. Ale to właśnie jest pociągające. To jest moja praca.
Pisząc „Grę w kości” powiedziałam, że szukam języka, jakim powinnam komunikować się z Czytelnikiem, gdy opowiadam o światach sprzed setek lat. I rzecz jasna, nie mam tu na myśli stylizacji stricte językowych, bo wciąż uważam je za sztuczne. Tym razem pociągnęła mnie pewna wizja, można powiedzieć: inspirowana literaturą fantasy lub równie dobrze: inspirowana czystym średniowieczem. Zresztą to jedno i to samo, bowiem fantasy czerpie bogactwo formy właśnie stamtąd, z epoki w której żyli obok siebie święci i rycerze. Czasami, w których ludzie wierzyli w cuda tak samo mocno, jak w smoki i bestie. A kiedy dodamy do tego fakt, iż pogaństwo w Polsce wciąż trzymało się twardo, iż ludyczne chrześcijaństwo pełne było dualizmów, dostajemy świat wielobarwny i wielopoziomowy. Świat żywych, martwych i żyjących mimo śmierci. Postanowiłam potraktować to bardziej dosłownie niż kiedykolwiek. Naprawdę ożywić duchy i bestie, jednocześnie nie łamiąc wyznawanej powyżej zasady „nie przekręcania historii”.
Jednocześnie, zatrzymajmy się na chwilę na momencie koronacji. Nie, nie napiszę teraz o niej nic więcej, wszystko, co miałam do powiedzenia, jest w książce. Bolesław Chrobry, pierwszy król wiedział, ile znaczy królewska korona. Walczył o nią całe, długie życie. Jego prawnuk utracił ją szybko i przez ponad dwieście lat nie mieliśmy króla, a w między czasie w mentalności ludzkiej następowały zmiany i ideologia królewska obrastała w swą własną, kultową mitologię. Jakże pełnym magii musiał być moment tej pierwszej po latach koronacji, gdy pomazaniec boży zstępował między swój lud. Wierzcie mi, żałuję, że mnie tam nie było, choćby dla tej jednej chwili musiałam napisać tę książkę. Pytanie, czy Przemysł był czwartym, czy piątym królem pozostawiam otwarte, choć swą własną wizję wskazuję Wam w scenie z Ławą Królów.
Tak, więc mnie w tej historii ekscytowało wszystko: od obyczaju poprzez galerię szalonych, nieco zakurzonych Piastów aż do wielkiego finału, gdy z chaosu wyłania się królestwo. Ta książka, która miała być z początku sensacyjną opowieścią o mniej znanym fragmencie historii, rozrosła się we mnie jak drzewo. Z dnia na dzień przybywało gałęzi i konarów. Nowi bohaterowie rozkwitali w mojej wyobraźni i choć nie podejrzewałam siebie o sentymentalizm, śmierć każdego z nich dotykała mnie coraz mocniej.
Na koniec zostałam sama w pustym pokoju. Uprzątnęłam notatki, książki, atlasy, zamknęłam wszystko razem w dwóch skrzyniach. Umarł król. Ale odzyskaliśmy królestwo.

Vreta Kloster

Contenbury

Poznań

 

 

Nykoping

vreta_2