korona

Henryk, książę wrocławski – historia przyczepiła mu ten nieznośny przydomek „Probus”, czyli „Prawy” ale zapomnijmy o nim. To jedyny piastowski książę odnotowany w XIV – o wiecznymi Kodeksie Manesse jako rycerz i minnesinger. Sporo można o nim wygrzebać w źródłach i przyznaję, iż postać ta uwiodła mnie swą rozpiętością. Dla akcji tej książki bohater niezwykle ważny, a jeśli przyłożymy do niego współczesną miarę jedno jest pewne: dzisiaj nie schodziłby z okładek kolorowych pism.

 

Henryk, książę wrocławski, odróżniał damy od kobiet. Miał to we krwi, jego czarny orzeł robił to samo. Gdy spotykali damę, orzeł kłaniał się dwornie, prawym skrzydłem. Gdy zaś widzieli kobietę, orzeł machał dwoma skrzydłami, przestępował z nogi na nogę i rozkładał ogon. Zdarzało się, że w czasie miłosnego spełnienia księcia orzeł krzyczał, ale to akurat nie było aż tak częste. Zwykle, gdy korzystali z tego czy innego domu schadzek, orzeł tylko sobie podziobał i dawał spokój. Henryk mógłby mieć własny sekretny dom dla kobiet, ale tego nie chciał. Bardzo dbał o swój wizerunek prawego, rycerskiego księcia. Poza tym, czy podniecałoby go wejście do takiego miejsca? To jak zamówić piwo i dostać piwo. Wszystko z góry wiadome, żadnych niespodzianek. A wizyta w przygodnym domu schadzek zawsze była niespodzianką. Była niczym znaleziona w piwnicy beczka wina o niewiadomym smaku.
Zwykle wybierał się tam w towarzystwie kilku zaufanych zbrojnych, dzisiaj jednak postanowił oprócz nich wziąć ze sobą swego giermka, Fulko. Zauważył, jak chłopak ogląda się za dworkami, które, rzecz jasna, nawet spojrzeniem nie chciały go jeszcze obdarzyć. Miał czternaście lat i nie był nadto wyrośnięty jak na swój wiek. W każdym razie Henryk pamiętał, że on w jego wieku był wyższy.
— Do „Rozkosznej Stokrotki” czy „Czerwonego Jabłuszka”? — spytał księcia Manfred, dowódca jego straży przybocznej.
— W „Czerwonym Jabłuszku” ostatnio były jabłuszka całkiem zielone… — przypomniał sobie Henryk.
— A w „Rozkosznej Stokrotce” kilka zawiędłych kwiatków — dodał Bruno z lekkim wyrzutem w głosie, bo jemu właśnie trafił się ten najbardziej przekwitły.
— Jeśli pozwolisz, książę — wtrącił się Bohous, melancholijny, niezwykle przystojny rycerz z niebieską różą w herbie — odkryłem całkiem przypadkiem nowy przybytek.
Henryk cenił u swego czeskiego przyjaciela nie tylko odwagę, ale i wyjątkowo rycerskie obyczaje.
— Pozwalam, a nawet proszę grzecznie, żebyś się odkryciem podzielił.
— Jest nieco dalej, na południe od Wrocławia, w stronę Świdnicy, przy gościńcu. Zwie się „Zielona Grota” i, za wybaczeniem księcia, zawartość ma równie świeżą…
— Do kogo należy?
— Wdowa Ludwina ze Świdnicy zarządza tym ogrodem.
— Ludwina? — Henryk pierwszy raz słyszał to imię, spojrzał więc po swych przyjaciołach, z których i Manfred, i Bruno byli od niego znacznie starsi.
Dowódca jego straży rozpromienił się, jakby zobaczył kogoś dawno niewidzianego, a miłego!
— Ludwina „Złote Świdnickie”…
— Ludwina „Ciemne Świdnickie”!… — dołożył Bruno z radością
— Książę! Jeśli Ludwina warzy takie piwo, jak jej świętej pamięci mąż,
to nie wyjdziemy z „Zielonej Groty” do Wielkanocy! — Jej mąż, Pietrek, był najlepszym piwowarem w Świdnicy, a Ludwina pomagała mu prowadzić piwnicę z wyszynkiem. Książę! Cóż to był za napój! A jakie legendy o nim krążyły!
Manfred i Bruno oczy mieli błyszczące, a twarze tak rozanielone, jakby już rozkosz stała się ich udziałem. Prześcigali się w objaśnianiu księcia.
— Pietrek odziedziczył piwnice świdnickie, fach i rękę Ludwiny po teściu, u którego wcześniej terminował. Ale najważniejszą częścią spadku był tajemny przepis na piwo.
— A właśnie to piwo, nie inne, było bohaterem spisku twego pradziada, Jędrzycha, męża świątobliwej Jadwigi.
— Księciem krakowskim był wtedy ojciec dzisiejszego księcia, Leszek Biały…
— …ofiara krwawej łaźni w Gąsawie..
— …Jędrzych toczył z nim boje, a ponieważ miał i innych Piastowiczów na karku, postanowił Leszka pozyskać dla Śląska, a w każdym razie zawrzeć z nim rozejm. Aby go dobrze do sprawy usposobić, posłał mu beczkę „Złotego Świdnickiego” i drugą, dla pewności, „Ciemnego”. Leszek oczywiście uległ.
— Ale, książę drogi, sprawy nabrały rumieńców, bo w tym samym czasie papież upomniał się u Leszka o wypełnienie złożonej kiedyś przysięgi, że książę krakowski weźmie udział w krucjacie. Leszkowi nie uśmiechało się jechać na Saracenów. Posłał do papieża Honoriusza posła z pytaniem, czy w Ziemi Świętej jest napój zbliżony smakiem do „Złotego Świdnickiego”. I, żeby nie być gołosłownym, beczułkę piwa dołączył do poselstwa.
— Nie wierzę. — Kręcił głową Henryk, a Bohous herbu Niebieska Róża otwierał oczy coraz szerzej. — Nie chcecie powiedzieć, że…
— Ależ tak! — Bruno i Manfred śmiali się jednym głosem. — Ależ tak! Papież spróbował piwa, zadumał się i zwolnił Leszka z przysięgi. Ze smutkiem potwierdził, że takiego napoju w Ziemi Świętej nie ma, więc jeśli książę żyć bez niego nie może, to wyprawy nie przetrwa.
— A Leszek i Jędrzych urządzili wspólną krucjatę przeciw Prusom…
— …oczywiście suto zakrapianą „Świdnickim”…
— Ale tylko w jedną stronę, bo nim dotarli na miejsce, zapasy się wyczerpały…
— I, jak pamiętasz, książę, krucjata pruska zakończyła się sromotną porażką rycerstwa małopolskiego!…
— Ośmielę się powiedzieć — wtrącił Bohous — że gdy odkryłem „Zieloną Grotę”, znalazłem w niej panny nadobne, panią Ludwinę, świetną gospodynię, gościnną, serdeczną, ale piwa, o którym mówicie, nie było…
Manfred i Bruno na samo wspomnienie „Złotego Świdnickiego” mieli pragnienie i kaca jednocześnie oraz jakąś wewnętrzną pewność, że ich czeski przyjaciel nie umiał tak szukać, by znaleźć. Książę Henryk zaś po prostu pragnął nowości, czy to będzie piwo, czy dziewczyna, było mu już w tej chwili wszystko jedno. Gdy dotarli na miejsce, okazało się, że w „Zielonej Grocie” można dostać i jedno, i drugie. Puszczony przodem niewielki oddział pod przewodnictwem Bohousa zdążył wyprosić gości, nim nadjechał książę. Ludwina, uprzedzona przez rycerza Niebieskiej Róży grzecznie czekała wraz z pannami. Henryk spokojnie robił przegląd jej wojsk, a Manfred i Bruno wypytywali gospodynię o zawartość piwnic.
— Panowie piękni! Gdybym ja miała swoje piwnice, nie wyniosłabym się tutaj, daleko od ludzi, na gościniec, na poniewierkę, dolę niepewną! W Świdnicy miałam poważanie ludzkie, klientelę, radość życia!… Wszystko przepadło po śmierci mego Pietrka! Los wdowy ciężki, znaczony łzami… Uwziął się na mnie jeden możny pan — urwała, zacinając wydatne usta.
— Może żenić się chciał z piękną piwowarką, a Ludwina była mu niechętna? — Bruno chciał pomoc jej w wyznaniu tego, co kobiecie przychodzi trudno.
— Ach, żeby jeszcze żenić! — drwiąco zaprzeczyła właścicielka „Zielonej Groty”. — Żenić to on się ze mną nie mógł, bo to był biskup!
— Tomasz, biskup wrocławski? — Henryk przerwał przegląd panien na rudowłosej, piegowatej młódce.
— Tak, jaśnie książę, ten sam. — I nie czekając na zachętę, wylała swe skargi. — Oskarżył mnie, że dom nierządnic prowadzę w piwnej piwnicy!
Henryk wymienił z druhami spojrzenia, bo wyznanie Ludwiny tu, w tym miejscu, rozbawiło ich. Bystra piwowarka w lot to złapała i zaprzeczyła namiętnie:
— Nie, nie prowadziłam! Jeno po śmierci męża, jako wdowie otaczać się młodą męską służbą było mi nieprzystojnie, więc dziewcząt nieco najęłam do obsługi gości. Wiadomo, piwo podane w ładnym kubku smakuje lepiej… Ale żadnych bezeceństw nie było… Biskup odwiedził nas kiedyś, latem, znienacka, a upał był niemożliwy. Dziewczęta może i były nieco podkasane, ale to z gorąca, uwijały się, kwiatuszki moje, bo gości było tyle, że ledwie się przecisnąć… Zdarzyć się mogło, jak to w tłumie, że ten i ów niechcący panienkę służebną
dotknął, gdy z tacą do szynku zmierzała… młody panicz jeden świętował u nas swe zaręczyny, „Świdnickie Ciemne” wszystkim gościom stawiał, tak ładnie prosił, żeby mu dziewczęta zatańczyły na to święto, na szczęście… gość nasz pan, jak to mówią… Biskup zobaczył, wpadł w gniew i piwnice mi, jako dom rozpusty, zamknąć kazał. Co robić, myślałam, co robić? I jak już raz tym niesłusznym oskarżeniem zostałam przed ludźmi napiętnowana, tak zostałam na drodze, na którą mnie wbrew woli wepchnięto. Wyniosłam się z miasta i otworzyłam
„Zieloną Grotę” przy gościńcu.
— A co z tradycją? — z niedowierzaniem dopytywał Bruno. — Co z piwem „Świdnickim”?
Ludwina zrobiła słodką minę.
— Nasz gość, nasz pan! Co raz się w życiu człowiek nauczy, zapamięta na zawsze… warzę odrobinkę, na potrzeby domu, bo zgody na wyszynk piwa nie mam, ale dzisiaj, gdy tacy goście… podzielę się po prostu swym domowym zapasem, w końcu nie co dzień człowiek księcia gości, można sobie od ust odjąć…
— Nie pożałujesz, pani, jeśli to piwo tak dobre, jak zaręczali moi ludzie. Godnie ci za nie zapłacę — zapewnił Henryk.
— Och, nie! Co to to nie, jaśnie książę! Ja piwa nie sprzedam, bo wyszynku nie mam. Ja księcia i jego gości poczęstuję! A jeśli, jaśnie książę, będzie łaskaw, to mi co nieco górką do dziewcząt dołoży…
Henryk uśmiechnął się w duchu. Jasnym było, że taka kobieta nie mogła doprowadzić żadnego interesu do upadku, a biskupa Tomasza w roli obrońcy cnot z łatwością mógł sobie wyobrazić. Jednak sprawę piwa zostawił swym kompanom, a sam przeszedł do dziewczyn. Orzeł wskazał dziobem tę rudą, na której skończyli. Była niezła, ale dzisiaj Henryk miał ochotę na coś szczególnego. Gdyby byli w „Czerwonym Jabłuszku”, wybrałby już dawno, a ruda piegowata mogłaby tam być pierwszą panną. Ale nie mylił się Bohous, mówiąc, iż w „Zielonej Grocie” dziewczyny są świeże. Świeże, ale nie za młode. Pociągające, a nie wyuzdane. Piękne, lecz urodą jakąś szczególną, niespotykaną po karczmach. „Dziwne, niespotykaną nawetna dworach” — zauważył Henryk, choć wciąż nie potrafił określić, na czym polega różnica. Może to, iż wszystkie ubrane były jednakowo? Miały takie same zielone suknie i zdawało się, identyczne, żółte koszule wystające nieco spod nich. „Ludwina sprytnie sobie poradziła z obowiązkiem znaczenia nierządnic żółtą barwą”. Sprawiały wrażenie czystych, zadbanych, co było przyjemne, bo zdarzyło się już księciu, że kiedyś wybrał sobie pannę, ale kazał jej najpierw wziąć kąpiel, nim ją do łoża wpuścił. Na tle innych przybytków dziewczęta z „Zielonej Groty” wydawały się nawet skromne. Różniły się między sobą jedynie kwiatami, jakie miały wplecione we włosy. Ruda piegowata miała jasne, drobne róże. Wysoka blondynka u jej boku — wianek z polnych rumianków. Kolejna, o włosach kręconych i ciemnych, wplotła w loki warkocze uplecione z kłosów zboża. Nierządnice, które książę znał, miały dziesiątki sposobów na przyciągnięcie do siebie oka mężczyzny. Uśmiechały się lubieżnie, wyginały ciała, prężyły piersi lub przeciwnie, spuszczały oczy, by wabić nimi spod rzęs niczym dziewice. Te tutaj nie robiły nic z tych rzeczy. Stały pod ścianą, jedna obok drugiej, niektóre oparte, wręcz wtulone w siebie. I patrzyły w oczy księcia bez kokieterii,
ale i bez wstydu, ze śmiałością. I to właśnie wzbudziło żądzę Henryka. Jego orzeł zaczął przebierać łapami i wyciągał dziob w stronę stojącej najdalej, wabiącej oko czerwienią jarzębinowych korali. Była drobna, niewysoka, ale piersi pod dopasowaną suknią miała wyjątkowo bujne. Proste włosy w odcieniu orzechów buczyny i usta wypukłe. Gdy podniosła na Henryka oczy zielone jak liście, był pewien.
— Jak ci na imię?
— Jemioła — jej głos brzmiał przyjemnie, nisko.
— Myślałem, że Jarzębina — uśmiechnął się, dotykając wianka z czerwonych owoców.
— Kobiety lubią być kimś, na kogo nie wyglądają, panie.
— Wiesz, kim jestem?
— Jesteś mężczyzną szukającym radości. A ja kobietą, która chce ci ją dać.
— Ludwino! — Książę w nierządnicach zawsze wysoko cenił dyskrecję. — Czy Jemioła to dobry wybór, bym z „Zielonej Groty” wywiózł dobre wspomnienia?
— Jestem tu jak matka, jaśnie książę, a matka jednakowo kocha wszystkie swoje córki. — Ludwina złożyła mu ukłon z wdziękiem. — Jeśli weźmiesz Irgę — wskazała na wysoką blondynkę w wianku z rumianków — poznasz miłość w porze sianokosów, ciepłą jak miękkie zboże. Jeśli Jeżynę — wskazała na rudą piegowatą — doznasz rozkosznych ukłuć i słodyczy soku. Trzmielina da ci czułość przedłużaną od zmierzchu do świtu, bez ustanku. A od Jemioły dostaniesz zawsze jakąś niespodziankę.
Orzeł skubał Henryka w pierś, jakby bał się, że jego pan zmieni zdanie, ale książę już raz wybrał, a Ludwina potwierdziła tylko, że wskazał słusznie. Skinął na Jemiołę, by prowadziła do alkowy, i ruszył za nią. Za plecami usłyszał Bohousa:
— Pani, a która z pięknych rusałek to panna Trzmielina?
Byli już na szczycie schodów, gdy księciu przypomniało się, że miał być dzisiaj mentorem swego giermka. Odwrócił się i krzyknął:
— Fulko, dla ciebie panna Irga! Panno Irgo, w twoje ręce oddaję giermka mego!
Zobaczył, jak Fulko cofa się, zawstydzony, a wysoka blondynka wyciąga do niego rękę, łagodnie i czule jak siostra do młodszego brata. „Będzie dobrze” — uspokoił się książę i zwolnił z obowiązku osobistego wprowadzania młodzieńca w arkany miłości. Przed sobą widział korale jarzębiny poruszające się w rytmie kroków dziewczyny. Chciał już być tylko mężczyzną szukającym radości, skoro ta, która kroczyła przed nim, chciała mu ją dać.
— Wina? — spytała, gdy zamknęła drzwi.
— A nie piwa? Twoja przełożona słynie ponoć z piwa…
Jemioła uśmiechnęła się.
— Piwem chce cię sama napoić, mój gościu. Ja mogę nalać ci tylko wina…
— Nalej i sobie. — Henryk zrzucił płaszcz i pas.
— Nie piję w pracy.
— A po pracy?
— To zależy.
— Od czego?
— Od gościa. Chcesz mi pomoc, panie, przy sukni, czy poprosić służkę?
— Nie wiem, czy potrafię, ale szybko się uczę. — Henryk był tak spragniony dziewczyny, że przemknęło mu przez głowę, iż może nie doczekać zbyt skomplikowanego rozbierania. Ale już za nic nie chciał, by ktoś jeszcze rozpraszał ich i odciągał od spełnienia. Jemioła podeszła do niego, delikatnie wyjęła mu kielich z dłoni i odstawiła na podłogę. Stanęła bokiem do niego i podniosła ramiona w gorę ruchem tak zmysłowym, jakby to był taniec.
— Połóż dłoń na moim boku. Przesuń nią w gorę… tak… czujesz sznurowanie? Znajdź koniec wstążki i rozwiąż ją…
Orzeł pomagał mu, zręcznym dziobem rozplątując węzeł. Jemioła powolnym, tanecznym ruchem okręciła się wokół swej osi kilka razy i stanęła, zwracając do niego drugim bokiem. Wiedział, co robić, i poradził sobie z wiązaniem szybko. Jemioła odsunęła się kilka kroków od księcia i, nie przestając swego zmysłowego tańca, sama rozsznurowała suknię, gubiąc na chwilę w jej nagle uwolnionych fałdach ponętne kształty kobiecej sylwetki. Pochyliła się lekko do przodu, wyciągając ku niemu ramiona, i choć Henryk zapatrzony w dziewczynę
w pierwszej chwili nie wiedział, że powinien teraz pociągnąć suknię i zdjąć ją z niej, to orzeł w lot pojął, co trzeba robić. Razem z suknią spadł jarzębinowy wianek z włosów dziewczyny, a kilka dojrzałych czerwonych jagód potoczyło się po podłodze. Orzeł rzucił się na nie z gardłowym krzykiem. Wirowała wokół księcia coraz szybciej, przez żółtą koszulę z cieniutkiego płótna raz po raz prześwietlała biel łydki. On, nie odrywając wzroku od jej tańca, zrzucał z siebie surkot i suknię, odpinał nogawice. Oboje zostali tylko w koszulach, lecz niedługo, bo wirująca Jemioła, sam nie wiedział kiedy, rozebrała go między jednym obrotem a drugim. Potem dostrzegł spadający żółty obłok jej koszuli i dziewczyna zatrzymała się przed nim tak nagle, że jej włosy musnęły mu twarz.
— Co to za taniec? Nigdy takiego nie widziałem — powiedział, kładąc jej dłonie na ramionach.
— Bo tam, gdzie bywasz, panie, już się tak nie tańczy — odpowiedziała śpiewnie.
Jej pot pachniał żywicą, a piersi falowały od przyspieszonego oddechu.
— A gdzie się tak tańczy oprócz „Zielonej Groty”? — Wpatrywał się w jej sutki, w odcieniu orzechów buczyny, barwie jej włosów.
— W gaju, na polanie…
„Las… Ona cała jest lasem pachnącym, gęstwiną, dzikim ostępem”. Henryk nie czekał ani chwili dłużej. Wziął Jemiołę natychmiast, kładąc ją wprost na ziemi, na jej zielonej sukni. Zamknął oczy i czuł woń żywicy, mchu, traw. Gdy dawała mu spełnienie, słyszał szum drzew, strumieni leśnych, szum skrzydeł…
To jego czarny orzeł zerwał się do lotu.