NIEWIDZIALNA KORONA | Elżbieta Cherezińska

Historia traktowana jako zbiór faktów i drabinka dat nie broni się. Ani jej nie zrozumiemy, ani się nie nauczymy, ani nie wyciągniemy wniosków. I najważniejsze: nie zakochamy się w niej. Moja praca polega na tym, by uszanować fakty i jednocześnie stworzyć bohaterów. Zapomnieć, że ich imiona figurują sztywno w Poczcie królów i książąt polskich. Dać im kolor oczu, blizny, słabości, przywary i duszę.
Niewidzialna korona jest częścią cyklu Odrodzone Królestwo, ale jednocześnie to powieść odrębna. Kto nie czytał Korony śniegu i krwi, niech się nie lęka. Przygodę z Królestwem wychodzącym z klątwy Wielkiego Rozbicia można zacząć od dowolnego momentu. Niewidzialna jest samodzielną opowieścią.
Przemysła II wydobywałam z mroku dziejów, nie mogąc się pogodzić z tym, że historia zapomniała o nim i operując skrótem, całą chwałę „księcia zjednoczyciela” przypisała Władysławowi Łokietkowi. Udało się, Przemysł włożył na skronie koronę śniegu i krwi. I mniej więcej w połowie pracy nad powieścią o nim, podjęłam decyzję, że ciąg dalszy musi nastąpić. Tak, z jednej strony kierował mną sentyment, żal mi było porzucać bohaterów – Jakub Świnka, Władek, Michał Zaremba, mała Rikissa, kobiety Starej Krwi, Jakub de Guntersberg. Gdy umarł król, oni wszyscy zostali i domagali się własnej opowieści. Z drugiej strony powodowała mną ciekawość. Chciałam dzień po dniu, rok po roku przejrzeć długą drogę Władysława do koronacji królewskiej. Prześwietlić go, sprawdzić, jak to możliwe, że ten „książę zagonowy” nie tylko zdobył koronę, ale ludzkie serca i pamięć, że to wokół niego powstał mit narodowy, legenda, która w masowej wyobraźni przyćmiewa legendy innych, niejednokrotnie wybitniejszych od niego władców.
Pisanie książki składa się z dwóch etapów i każdy z nich ma oddzielną dramaturgię. Pierwszym jest przygotowanie materiałów, zakreślenie ram opowieści. Jeśli komuś wydaje się, iż to nudne, zapewniam: tak nie jest. To śledztwo, trop po tropie. Układanie wątków. Historia księcia Władysława. Będzie się opiekował bratankami. Jeden z nich, Leszek, wytnie mu niezły numer. Acha, więc historia bratanków. Dlaczego Leszek zajął Pomorze? Słaby książę porwał się na taki czyn? Kto za tym stoi? Matka… (czytam o matce, jeszcze ciekawsze są dzieje jej siostry, Czarnej Grety. Jak upchnąć Gretę do naszej opowieści? Żal stracić… dyscyplina. Wracam do matki). Krzyżacy, poczet mistrzów krajowych. Nie, trzeba sięgnąć i do wielkich mistrzów. Za mało. Muszę znaleźć persony, bohaterów, których losy skrzyżują się z losem Władysława. Mania przeszukiwania drzew genealogicznych zawsze przynosi efekt, bo oto wśród przodków dwóch komturów – dyplomatów znajduję coś, co sprawia, że zapominam zerknąć na zegarek i dzwonię w nocy do Tadeusza Zyska. Krzyczę do słuchawki: „Mam ich! Znalazłam! Nazywają się Zyghard i Gunter von Schwarzburg!”. Potem klepię przez telefon, kto ich matką, kto babką, kto pradziadem. Ekscytujemy się z Tadeuszem, a ja wiem, że w tym momencie znalazłam to „coś”, co ustawia opowieść. I to szaleństwo trwa, tym razem długo, kilka miesięcy (w międzyczasie powstaje „Legion”); każdy nowy bohater powołuje do życia kilku innych. Odnajduję zapomniane księżniczki piastowskie, wydane za mąż za zdawałoby się „nieznaczących książąt”, które dzięki tym mariażom stają się po latach królowymi, jedna nawet cesarzową. Żal ominąć te dziewczyny łukiem, choć ich losy to dalekie peryferia mojej opowieści. Co zrobić, by się w niej znalazły? Nie tylko bohaterowie się multiplikują. Wraz z Vaclavem II poszerza się zakres opowieści. I nie można tego pominąć, bo w rozmachu polityki Vaclava ukryty jest upadek dynastii Przemyślidów, dzięki któremu nastaje czas Władka. W ten sposób, nim skończyłam przygotowanie materiałów, wiedziałam, że ta historia nie zamknie się w jednym tomie.
Teraz, Czytelnicy Moi, daję Wam Niewidzialną Koronę i jednocześnie mówię: Odrodzone Królestwo powróci.