PŁOMIENNA KORONA | Elżbieta Cherezińska
Spłacam kredyt z odsetkami
"Szanowna Autorko, nie chcę być nachalny, ale kiedy Władek?". "Turniej cieni mnie zachwycił, ale chciałabym spytać - kiedy Władek?". "Bardzo się cieszę, że napisała Pani o Świętosławie, ale mam takie pytanie: kiedy Władek?".
Takie wiadomości dostawałam od trzech lat, aż w końcu pomyślałam, że gdyby zebrać czas, jaki poświęcam na odpowiadanie Czytelnikom, to przynajmniej szkielet powieści byłby gotowy od dawna. Zabrałam Niewidzialną koronę na zeszłoroczne wakacje, by przypomnieć sobie, gdzie zostawiłam „zaczepy” pod tom trzeci i przygoda z Płomienną koroną się zaczęła. Miałam wrażenie, jakby każdy z zostawionych przed laty bohaterów krzyczał: teraz ja, pisz o mnie!
Każda z Koron jest inna i to sprawa nie tylko odwracającej się karty dziejów, ale przede wszystkim zmieniających się bohaterów. Władek dorasta, dojrzewa, choć bo ja wiem, czy dorośleje? Jakub Świnka ze skromnego kantora już wcześniej przeobraził się w arcybiskupa Jakuba II, a teraz zamienił się w patriarchę, który niczym Merlin ogląda świat z wielu perspektyw. Mechtylda Askańska się starzeje (tak, tak, nawet ona!). Rikissa przestaje być dziewczynką i staje się kobietą, a Przemyślidzi wymarli i pałeczkę dynastycznej gry przejmują ich córki i siostry. W dodatku dzieci Władka rosną, rodzą się nowe i wszyscy wiemy, kim będą w przyszłości. Tak, to było wyzwanie. Przeprowadzić bohaterów nie tylko przez czas historyczny, ale przez ich własny proces zmiany. I, przy okazji, rozpocząć życie kilku nowych postaci. Gerland, Ostrzyca, Borutka to bohaterowie fikcyjni (przepraszam, Borutki nie jestem pewna; ona - on chyba jest bytem półprawdziwym). Ale są i historyczni: Gerward Leszczyc, Janisław Korab i Henryk von Plötzkau przewinęli się na marginesie Niewidzialnej, teraz nastał czas, by wyszli na plan pierwszy.
Miałam pełną świadomość, że materiał historyczny Płomiennej korony można rozłożyć na kilka odrębnych powieści. Sama rozgrywka między Elišką Premyslovną, córką Václava II, a jej macochą,  Rikissą, w historiografii czeskiej nazwana "wojną dwóch królowych", mogłaby stać się kanwą samodzielnej opowieści. Albo perfekcyjnie zaplanowana przez Krzyżaków akcja opanowania Pomorza. Czy też rozgrywki w kurii awiniońskiej, lub bunt wójta Alberta. Bogactwo faktograficzne było olbrzymie i chwilami czułam się jak w jakiejś wielkiej spiżarni, w której półki uginają się pod wszelakim dobrem, a ja muszę pilnować diety. No, nie do końca się upilnowałam i dlatego oddaję Wam powieść, która ma 1084 strony, zamiast przyzwoitych siedmiuset. I w dodatku rody się tym razem nie zmieściły. Drukarnia też ma swoje wymagania i powyżej 1100 nie przyjmuje, bo zszyć się tego skutecznie nie da.
Tym samym, moi Drodzy Czytelnicy, odpowiadam na Wasze trzyletnie, nieustanne oczekiwanie, spłacając dług książkowy z odsetkami. Mam nadzieję, że te trzysta stron więcej (po stówie za rok czekania), to uczciwa rekompensata.
Można opowiedzieć historię Władysława Łokietka i odradzania się Królestwa tylko z jednego punktu widzenia, ale to przesłania nam całą złożoność procesu zjednoczeniowego. Dlatego, tak jak w poprzednich tomach, znów postawiłam na wielogłos, choć i tak dużo skromniejszy, niżbym chciała. Ta część historii po raz kolejny uświadamia nam, że nic nie dzieje się w próżni, że procesy rozgrywające się w ościennych królestwach mocno wpływają na polskie dzieje. A „punkt historyczny” znów jest arcyciekawy. W Czechach wymarła dynastia Przemyślidów i na naszych, powieściowych oczach, powstaje dynastia Luksemburgów. Na Węgrzech, po śmierci ostatniego z Arpadów, Karol Robert z dynastii Andegawenów walczy o władzę i ostatecznie ją zdobywa. Tymczasem w Polsce Piastów wciąż mamy wielu i po najwyższą władzę sięga ten, któremu przed laty nikt nie dawał szans. Władysław. W dodatku niezwykle ważne z mojego punktu widzenia jest to, że Królestwo Polskie, które odbudowuje Władysław Łokietek, zapisuje się pod innymi znaczeniami symbolicznymi. Oto pierwsza koronacja królewska nie w Gnieźnie, a w Krakowie. Tracimy stare insygnia, dla Władysława musi powstać nowa korona, która świadomie nawiązuje do mitu pierwszego króla, Bolesława Chrobrego. I po raz pierwszy w obrzędzie koronacji użyty zostanie Szczerbiec, którego legenda wiąże z Chrobrym, choć nie mamy pewności, czy ta opowieść powstała za czasów Łokietka czy później. Współczesna nauka podsuwa sugestię, że ów miecz pochodził z czasów późniejszych niż Chrobry, a ja piszę mu własną historię, korzystając ze swej autorskiej wolności i inspirując się pewnym artykułem profesora Rafała Prinke sprzed wielu, wielu lat (tak wielu, że autor dzisiaj macha na niego profesorską ręką i mówi: "Ot, wybryki młodego uczonego").
Można snuć akademickie rozważania, co by było, gdyby Władkowi nie dopisał upór. Albo zdrowie. Czy trzej wielcy sąsiedzi - Krzyżacy, na których wówczas nie było silnych, Brandenburczycy i Czesi - zagarnęliby po kawałku Królestwa? A może po prostu Jan Luksemburski zrealizowałby swoje prawa do polskiej korony i stalibyśmy się częścią czeskiego władztwa? Jeśli tak, to na jak długo?
Jednak mnie w przeszłości fascynuje to, że potoczyła się właśnie tak, choć mogła na wiele sposobów. Oto przydarzył nam się książę Władysław, któremu nie zabrakło sił i uporu, który podnosił się po każdej klęsce, nawet jeśli nie silniejszy, to niezmordowany. Miał sześćdziesiąt lat, gdy na jego skroniach spoczęła upragniona korona, i co więcej, to jeszcze nie było jego ostatnie słowo. Wszak dziesięć lat później powiedzie swe wojska pod Płowce.
Mówi się, że historia oceni. Niech ocenia. Na szczęście ja, jako pisarka, zupełnie inaczej widzę swą rolę. Nie jest nią recenzja przeszłości, ale szacunek wobec niej i tamtych ludzi. Przeszłość już się dokonała, przed wiekami. Przywracam ją, poprzez losy bohaterów, bo chcę, by spełniły się ich marzenia o życiu w pamięci pokoleń.
 
Wraz z Płomienną koroną kończę trylogię Odrodzone Królestwo, co nie znaczy, że porzucę bohaterów. Chcę zobaczyć, jak Elżunia staje się królową Węgier, a Kaziu wyrasta na króla Polski. I marzy mi się, by towarzyszyć Rikissie w Brnie, przy okazji spoglądając, jak Jan Luksemburski z młodzieńca zamienia się w arcymistrza europejskiej polityki. Ciekawi mnie, jak Władek zawiąże sojusz z Giedyminem i co na to Jadwiga („Toż to poganie, bój się Boga, mężu!”). Żal porzucać Krzyżaków, wszak to pierwsza na naszych ziemiach korporacja z prawdziwego zdarzenia. Wrogowie? Owszem, ale imponują mi nawet po setkach lat. No i chciałabym sprawdzić, czy ziści się przepowiednia Jaćwieży z Niewidzialnej korony, ta, w której mówi o zjednoczeniu i wieszczy, że Jemioła i Woran dożyją pokonania żelaznych braci.
Czy to zapowiedź kontynuacji? Oczywiście!