Saga Sigrun | Elżbieta Cherezińska

Jest pierwszą częścią Północnej drogi. Pisałam ją (jak na siebie) bardzo, bardzo długo. Co chwilę przerywałam pracę nad Sigrun by zająć się czymś poważniejszym. Tak, wówczas nie traktowałam Sigrun serio nie dlatego, że nie wierzyłam w tę opowieść, ale dlatego, że praca nad nią była dla mnie oddechem, przyjemnością. A wiadomo: albo praca, albo przyjemności. Sigrun – do kąta. Dzisiaj każdą z tych przerw czuję jako nierówność w tekście, jak nieregularną wysokość schodów. Pisałam Sagę Sigrun nie widząc Norwegii na własne oczy. Potem podróż tam przyjęłam niemal jak pielgrzymkę. Sama siebie musiałam strofować. Długo szukałam języka dla tej książki, sposobu zapisu. Przy Sigrun odkrywałam jak bardzo mowa odzwierciedla ducha czasu. Ale decyzja, by nie stosować jakiejkolwiek stylizacji językowej była świadoma i przemyślana. Chciałam przenieść Czytelników w tamten czas i miejsce, ale w miarę naturalnie, bez udziwnień. Do samego końca wyłuskiwałam w tekście słowa zakorzenione we współczesnym języku a obce dla moich bohaterów. Przypuszczam, że gdyby dobrze poszperać…
Zmysłowość od początku była ważną częścią Sagi Sigrun, zatem mierzyłam się także z językiem erotycznym. Łatwo, dużo łatwiej jest pisać o seksie w oparciu o scenografię. Już sam ten kostium, detal świata sprzed tysiąca lat staje się swoistą grą wstępną; intrygującym rekwizytem, mocnym i wyrazistym tłem dla miłości bohaterów. Nieco trudniej jest pisać o związku idealnym – a takim (w uproszczeniu, ale niech będzie) są Sigrun i Regin. Miłość szczęśliwa jest mało efektowna, nie sceniczna. Ale idealizm świata Sigrun jest warunkiem koniecznym dla tej opowieści. Najtrudniejsze było wypuszczenie tej książki z rąk. Miałam świadomość, że jest początkiem serii i do samego końca nie byłam pewna, czy dobrze ustawiłam „zakładki” w które wejść mają kolejne opowieści. Są takie postaci, bohaterowie piątego planu, których nie było w zamyśle książki. Nagle zjawiają się po coś – żeby coś podać, przynieść, zrobić. I zostają. A jak trzeba ich porzucić, robi się ciężko na sercu. Totalny brak profesjonalizmu. Najgorsze, że Czytelnicy (a zwłaszcza babeczki!) wyłapują te postaci bez pudła i potem pytają, albo – zdarza się, mam za swoje – oskarżycielsko prychają: „No, Foczki to Pani nie wybaczę!” Uśmiecham się przepraszająco. Potem pisze Halderd i robię ten sam błąd. Dostawałam od Czytelników zdjęcia „wydaje mi się, że tak może wyglądać Sigrun”. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie widzę jej twarzy. Nie wiem jak wygląda.