Turniej cieni_Okladka_net

Londyn, dom aukcyjny Christie’s, sierpień 1841

 

 

Harry McGonagall siedział w gabinecie służącym do spotkań ze specjalnymi gośćmi domu aukcyjnego Christie’s, czekając na spotkanie z kierownikiem sprzedaży, panem Collinsem, i zastanawiał się, z jakiego powodu ludzie płacą niebotyczne sumy za diamenty. Błyskotka jak błyskotka. Nie umiał w niej zobaczyć niczego ponad przezroczysty, lśniący kamień. Obraz to inna sprawa. Dramaturgia barwy, wirtuozeria pędzla. Widział i rozumiał. Ale kamień? Czy to jakaś umowa, że perła tańsza niż diament, a szmaragd droższy? Jasne, jasne, kobieta potrzebuje klejnotów, ale z tego, czego się dowiedział, wynikało, że te najdroższe precjoza trzymano w sejfach i damy zakładały je raz, może dwa do roku. Czy warto wydawać fortunę na coś, z czego się nie korzysta?
Harry dawał z siebie wiele, by z przedmieść Londynu doskoczyć na jego salony. Znosił wszelkie impertynencje lorda Hamiltona i błogosławił, że mentor dzieli się z nim swą wiedzą, sprawiając, iż Harry stał się „Harrym McGonagallem z »Timesa«”, ale wciąż zachował zdrowy dystans wobec klasy, do której aspirował. Gdy był sam, rzecz jasna. Wtedy nazywał rzeczy po imieniu. Siebie zwał pijakiem albo prostakiem, a Jamesa sucharem i dziwakiem. Taka prawda. Diamenty to przezroczyste kamienie. Brylanty to te same kamienie tylko przeszlifowane inaczej i diabli wiedzą, dlaczego to jest tyle warte.
Na stoliku do kawy stało drewniane pudełko, a w nim, jeden obok drugiego, niewielkie oleodruki naciągnięte na tej samej wielkości ramki. Sięgnął po nie z nudów, trochę z ciekawości. Pierwszy był odbitką portretu, który znał. ” Bloody Mary”, Maria I Tudor wyglądała na nim niczym buldog z gałązką czerwonej róży. Drugi go rozśmieszył.
O rany! Obrażona infantka w sukni jak sułtański namiot! Co oni jej zrobili z włosami? – Chwilę wpatrywał się w dziwaczną fryzurę, która skojarzyła mu się z pękiem końskich ogonów ustrojonych czerwonymi kokardami. Chwycił kolejny obrazek. Teraz patrzył na damę w sztywnej kryzie.
Ta to przynajmniej ładna, choć… – Rozłożył wszystkie trzy portrety obok siebie. Już wiedział, co je łączy. Każda z kobiet miała w naszyjniku wielką, przypominającą łzę, perłę. – Ależ gigantyczna – zaciekawił się Harry – wielka jak… – szukał porównania – …gałka oczna! Lord Hamilton chętnie powiesiłby takie oczko na szyi swej ukochanej lady Louisy Russell…
W tej samej chwili boczne drzwi otworzyły się bezgłośnie, Harry odłożył oleodruki i wstał. Po miękkim perskim dywanie szedł ku niemu mężczyzna, który wyglądał jak kocur. Harry’ego uprzedzono, że pan Vincent Collins jest półkrwi Hindusem, ale gdy tylko na niego spojrzał, poczuł, że albo to zwidy, albo ma do czynienia z kimś jedynym w swoim rodzaju. Gibki, smukły, o oliwkowej skórze i migdałowo wykrojonych oczach, w których zamiast wschodnich, czarnych tęczówek lśniły tęczówki niemal przejrzyście niebieskie. Starannie przystrzyżone wąsy przyciągały wzrok do jego ust, które wydawały się bezwstydnie kobiece. To głupie, ale Harry się speszył. Nigdy nie widział tak urodziwego mężczyzny i, co gorsza, po raz pierwszy w życiu kontemplował męską urodę. Gdy Collins wyciągnął do niego rękę, wpadł w panikę.
– Jestem Adam Collins, a pan zapewne jest owym słynnym Harrym McGonagallem, tak? – zapytał go głosem co najmniej aksamitnym.
– Tak – odpowiedział, uciekając ręką od uścisku.
– Proszę usiąść. – Collins zerknął na odłożone przez Harry’ego oleodruki. – Widzę, że zaciekawiła pana La Peregrina.
– Co?
– Największa perła świata.
– Ach, tak… W czyim jest posiadaniu? Na obrazach noszą ją różne damy…
– Marię I Tudor zapewne pan rozpoznał – uśmiechnął się Collins. – A te dwie to kolejne żony Filipa IV, Elżbieta Burbon i Marianna Habsburg.
– Chyba ich z takim skarbem nie włożono do trumny?
– A gdzieżby! Klejnoty grobowe od dawna robi się z imitacji kamieni szlachetnych lub ich tańszych zamienników. Piękna La Peregrina weszła w skład skarbu królów hiszpańskich i odziedziczył ją po Józefie Bonaparte jego bratanek, Ludwik Napoleon Bonaparte.
– Więc perła olbrzymka siedzi z nim teraz jako zakładniczka w twierdzy Ham? – na dobre zainteresował się McGonagall. – Nie szkoda skarbu?
Pan Collins rozłożył ramiona i poruszył dłońmi tak dziwacznie, że Harry się speszył.
– Miło mi pana gościć w Christie’s, najpopularniejszym domu aukcyjnym Londynu.
– Szefowie Sotheby’s mówią to samo o swoim – szybko odzyskał rezon McGonagall.
Collins roześmiał się.
– Nie, panie McGonagall. Oni mówią o sobie „najwięksi”. My zaś nie potrzebujemy wielkich powierzchni magazynowych, bowiem dzieła sztuki, które do nas trafiają, znajdują nabywców niemal od ręki. Czym mogę panu służyć? Bo jak się domyślam, nie przybył pan, by oglądać La Peregrinę na portretach dawno nieżyjących królowych?
– Interesuje mnie zapowiedziana na przyszły tydzień aukcja naszyjnika z dwunastoma diamentami.
– Zapewniam pana, że żyje nią cały kolekcjonerski świat!
– No właśnie! Czy mógłby pan, panie Collins – wypowiadając jego nazwisko, Harry znów poczuł się niezręcznie – wytłumaczyć mi, na czym polega niezwykłość tego klejnotu?
– Z przyjemnością. Diamenty to moja miłość, namiętność i pasja.
O rany – jęknął w duchu Harry – ten człowiek jest dziwny.
Vincent Collins albo nie zdawał sobie sprawy, jakie wrażenie robi na Harrym, albo wręcz przeciwnie, chciał je spotęgować, bo gdy tylko wyznał swe uczucia wobec kamieni, poruszył palcami obu rąk tak, jakby gładził kobiece sutki.
– Naszyjnik, o który pan pyta, jest unikatowy, składa się z dwunastu diamentów o wyjątkowo dużej wielkości…
– Przepraszam. Co to znaczy duża wielkość? Tak dla kogoś, kto nie jest zorientowany.
– Proszę sobie wyobrazić diament wielkości pestki moreli – powiedział Collins, a jego przejrzyste oczy zalśniły, jakby odkrywał przed gościem jakąś naprawdę wyjątkową tajemnicę.
– Aha – odpowiedział i pokiwał głową, z całych sił starając się nadać twarzy wyraz olśnienia. – Aha!
– W tym rzecz. Dwanaście wyjątkowo dużych diamentów o nieskazitelnej czystości i idealnym szlifie to już jest sensacja na skalę światową, ale nasz naszyjnik ma coś jeszcze, co sprawi, iż jego cena poszybuje w górę, a pasjonaci i damy będą latami rozprawiać o tej aukcji.
– Cóż to takiego? – wykrzyknął Harry i gdy tylko usłyszał swój głos, wiedział, że brzmi odrobinę zbyt entuzjastycznie. Poprawił się: – Proszę o szczegóły, panie Collins, czytelnicy będą zachwyceni.
– Nie wątpię. Otóż dwa ostatnie diamenty naszyjnika, umiejscowione po obu stronach zapięcia, są najzupełniej niepowtarzalne i wyjątkowe.
Boże – jęknął w duchu Harry – to nie można nic powiedzieć o diamentach bez słowa „wyjątkowe”?
– Zamieniam się w słuch – powiedział na głos.
– Są na nich wyryte sentencje.
– Na takich małych diamentach? To znaczy, chciałem powiedzieć, na tak dużych diamentach, a mimo to na małych, obiektywnie, powierzchniach.
– Proszę się nie tłumaczyć, pańskie zdumienie jest uzasadnione. Diament jest tak twardy, że jego powierzchnię można zarysować wyłącznie drugim diamentem i, zapewniam pana, że trzeba być nie lada mistrzem, by tego dokonać. W Europie mało kto podejmuje się tak ogromnego ryzyka, zresztą nie ma tu takiej tradycji. Ale w Indiach, ojczyźnie diamentów, zdarzają się kamienie z wyrytymi inskrypcjami, choć przyznam, rzadko.
– Wyjątkowo rzadko? – dopytał Harry.
– Wyjątkowo – nie wyłapał jego złośliwości Collins. – Ostatnio głośno było o diamencie Szach, na którym wyryto imiona trzech kolejnych właścicieli. To arcydzieło natury i rąk ludzkich trafiło dziesięć lat temu do cara Rosji, Mikołaja I, jako dar przebłagalny Persów za zamordowanie rosyjskiego ambasadora w Teheranie.
– Czy i on wyrył na nim swoje imię?
– Odkąd trafiło do jego skarbca, nic o nim nie wiadomo, niestety. – Collins westchnął tak, jakby znał tamten diament i za nim tęsknił. – Ale, wracając do naszego naszyjnika! I on jest perskiego pochodzenia, a w każdym razie jego poprzedni właściciel, bowiem napis jest w języku perskim i odznacza się iście wschodnią poetyckością. „Pierwszy deszcz mojej żony”! Prawda, że to wyjątkowo romantyczna dedykacja?
– Oczywiście. Do kogo należał? Kto był tą żoną?
– Tego nie wiemy – rozłożył ręce Collins.
– A kto oferuje naszyjnik do sprzedaży? – przeszedł do sedna swych pytań Harry.
– Tego z kolei nie ujawniamy. Mogę pana jedynie zapewnić, że cena klejnotu także będzie wyjątkowa.
Lorda Hamiltona nie interesuje cena, tylko sprzedawca – wściekł się Harry i przybrał uprzejmy, zatroskany wyraz twarzy.
– Naturalnie, że nie ujawniacie. Nie chcę naruszać zasad działalności szanowanego domu aukcyjnego.
Collins podziękował mu skinieniem głowy.
– Jednak szanowany dom aukcyjny musi dbać o swój prestiż i honor, nieprawdaż, panie Collins? Wyjątkowo dbać. – Harry uśmiechnął się do niego lisio.
– Co pan przez to rozumie? – Collins w końcu zaniepokoił się.
– Z tego, co wiem, pochodzenie klejnotów jest częścią ich legendy, a co za tym idzie, ceny, oczywiście prócz wielkości, barwy, przezroczystości, szlifu. Na przykład po rewolucji francuskiej na rynek trafiło wiele niezwykłych precjozów, które niektórzy nazywali wprost „gilotynową kolekcją”. Naturalnie, wiele było w tym tandetnej przesady, bo wiadomym jest, iż również dawni arystokraci sami wyprzedawali swe kolekcje, bez żadnej przemocy, choć, jakby się uprzeć, to spadek cen wynikły z nadmiaru precjozów na rynku też można nazwać aktem przemocy, powiedzmy, ekonomicznej.
– Do czego pan zmierza? – Collins niemal zasznurował swe kobiece usta.
– Ostatnio coraz często pojawiają się na aukcjach diamenty indyjskiego i perskiego pochodzenia oferowane przez anonimowych właścicieli. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, czy na jego oczach, pod szyldem szanowanych domów aukcyjnych Christie’s i Sotheby’s nie odbywa się nielegalny proceder polegający na sprzedaży zrabowanych klejnotów. Wielu naszych żołnierzy wraca z Indii, nieprawdaż?
Gdyby Collins naprawdę był kocurem, którego tak przypominał, w tej chwili obnażyłby zęby i prychnął na Harry’ego tak ostro, iż ten skoczyłby na kryształowy żyrandol gabinetu dla specjalnych klientów domu aukcyjnego Christie’s. Zamiast tego jego źrenice zwęziły się i powiedział chłodno:
– Prawo przewiduje sprzedaż przez anonimowych właścicieli. A my nie zaniedbujemy żadnej z wymaganych formalności mającej na celu uwiarygodnienie prawa własności sprzedającego. Lecz, pan wybaczy, panie McGonagall, są to kwestie poufnych umów handlowych, których nie mogę panu okazać. Gdyby jednak zażądał tego sąd, naturalnie, udostępnimy dokumenty.
– Oczywiście, nie wątpię – drwiąco odpowiedział Harry. – Moi czytelnicy będą z wypiekami na twarzy czytać artykuł o Wafie Begum, ukochanej żonie protegowanego Wielkiej Brytanii, Szacha Szudży. Opowiem im historię tej niezłomnej kobiety, która, choć była rodzoną siostrą jego i naszego wroga, Dosta Mohammada Chana, całe swe życie i majątek poświęciła na ratowanie swego męża z opresji. Napiszę o tym, jak chcąc wydobyć Szudżę z niewoli maharadży Pendżabu Randźita Singha, ubłagała męża, by oddał mu legendarny Koh-i-noor. I o tym, jak sprzedała swe kosztowności, by kupić dla Szudży wojsko. I o tym, że w chwili, gdy Anglicy wreszcie zdecydowali się wprowadzić Szacha Szudżę na tron w Kabulu i obalić Dosta, dzielnej Wafy Begum już nie było przy mężu. Czułe Angielki będą płakały w haftowane chusteczki, czytając, że ta niezwykła kobieta zmarła tuż przed wizytą brytyjskiej delegacji. I że nieznani sprawcy sprofanowali jej grobowiec. I że nasi dzielni, naprawdę dzielni żołnierze, na prośbę zrozpaczonego Szudży strzegli tego zniszczonego mauzoleum.
– Nie rozumiem, po co mi pan to opowiada – wyszeptał Collins.
– Naprawdę? – nieszczerze zdziwił się Harry. – Więc pan nie wie, że „Pierwszy deszcz mojej żony” to prezent ślubny Szacha Szudży dla Wafy Begum?
Collins zbladł. Opadł na oparcie fotela i zaczął oddychać szybko.
– Nie wiedziałem. Naprawdę nie wiedziałem – odpowiedział, z trudem łapiąc oddech.
Harry zerwał się z fotela i stanął nad głową Adama Collinsa. Pochylił się do jego ucha tak nagle, że ten nie zdążył się odsunąć.
– Proponuję panu układ, panie Collins – wyszeptał Harry. – Wstrzymam się z opisaniem historii Wafy Begum, jeżeli poda mi pan nazwisko człowieka, który sprzedał osiem miesięcy temu w Sotheby’s wielki diament o nazwie Nudhar. I proszę nie łgać, że pan nie wie, co robi konkurencja.
Harry spokojnie okrążył fotel i usiadł na swoim miejscu. Poprawił kamizelkę. Uśmiechnął się do Collinsa.
– Ma pan wybór. Aukcja naszyjnika z dwunastu diamentów wciąż jeszcze ma szansę stać się, jak pan powiedział na wstępie, największą atrakcją kolekcjonerskiego świata. Albo, jak uświadomiłem panu przed chwilą, największym skandalem.
Przez bezwstydnie piękną twarz Adama Collinsa przebiegł grymas. Harry miał swoje pięć minut. W końcu on miał władzę nad kimś.
– Nudhar sprzedał pewien kirgiski sułtan. Powodem, dla którego musiał pozostać anonimowy, było niebezpieczeństwo, jakie grozi mu ze strony Rosji – powiedział cicho Collins.
Harry zaśmiał się.
– Nie, to za mało. Tym nie kupi pan mego milczenia.
– Jak panu pewnie wiadomo, Rosjanie przeprowadzają brutalną kolonizację terenów Azji Środkowej. Czerkiesi, Kazachowie, Kirgizi z nomadów stają się bez własnej woli poddanymi cara. Człowiek ten, za młodu odebrany ojcu, sułtanowi, został, jako zakładnik, wychowany w rosyjskiej twierdzy w Orenburgu. Tam nauczył się języków i zrozumiał, że nie ma ratunku dla jego kraju. Zamiast dać się zrusyfikować do reszty, użył zdobytej wiedzy i ogłady, by uciec wraz ze swą młodą żoną. Zabrali kilka rodowych klejnotów, w tym ów wielki diament, i przez pustynie przedarli się do posiadłości brytyjskich w Indiach, a stamtąd statkiem do Wielkiej Brytanii. Oto historia diamentu Nudhar, panie McGonagall.
– Wzruszająca – twardo skwitował Harry. – Jak się nazywa ów Kirgiz i gdzie go mogę znaleźć? Bo rozumiem, że po spieniężeniu diamentu stać go na książęce życie w Londynie?
Collins pokręcił głową.
– Nie mam pojęcia, gdzie przebywa. Wiem tylko, że ma na imię Aman i przed tamtą aukcją zatrzymał się w hotelu Imperial.
– Zaskakująco dużo wie pan o nim, jak na przedstawiciela konkurencyjnego domu aukcyjnego. Próbował pan go przekonać, by przeniósł aukcję do Christie’s?
– Tak – kiwnął głową przygnębiony Collins.
– No, już prawie po wszystkim, proszę się tak nie martwić! Nie przejął pan od Sotheby’s intratnego klienta, ale za to przed panem aukcja naszyjnika! – Harry klepnął się w kolana zapominając, iż dżentelmeni tak nie robią. – Przy okazji. Skoro pan z nim rozmawiał, to choć nie zna pan nazwiska tajemniczego sułtana, może mi pan opisać jego wygląd. Muszę być pewien, gdy go odnajdę, że rozmawiam z właściwym człowiekiem.
– Niewysoki, ciemnowłosy, ciemnooki. Wschodnie rysy.
Harry zaśmiał się wstrętnie.
– Pan żartuje. Szczegóły poproszę.
– Nie było w nim nic szczególnego – bezradnie rozłożył ręce Collins. – Wyglądał niemal pospolicie. Po angielsku mówi słabo, po rosyjsku nieźle. Powiedziałem panu wszystko, co wiem, a teraz niech pan mi powie, skąd ta opowieść o Wafie Begum? Czy pan także może uwiarygodnić swoją historię?
– Trafił do moich rąk list pewnego rosyjskiego arystokraty, który szczegółowo opisał naszyjnik Wafy Begum, pytając, czy nie pojawił się na jakiejś londyńskiej aukcji. Dodał, iż kupił go od kabulskich kupców, lecz potem został mu skradziony.
Adam Collins znów pobladł. Harry uśmiechnął się do niego beztrosko.
– Rozumiem, że słowo „skradziony” robi na panu złe wrażenie? Bez obaw. Jeśli tylko dzięki pana informacjom odnajdę tajemniczego kirgiskiego sułtana, nie zamierzam upubliczniać listu rosyjskiego arystokraty. Ale, oczywiście na życzenie sądu, mogę to zrobić w każdej chwili. Z zachowaniem tajemnicy korespondencji, rzecz jasna.